

Z troską myślą o przyszłości, zapominając o chwili obecnej, i w ten sposób nie przeżywają ani teraźniejszości, and przyszłości, żyją, jakby nigdy nie mieli umrzeć, a umierają, jakby nigdy nie żyli.” napisał Paulo Coelho, w swej książce „Być jak płynąca rzeka”. Przytoczone słowa (w tłumaczeniu Zofii Stanisławskiej-Kocińskiej) są jedną z najsmutniejszych obserwacji dotyczących ludzkiego losu. Na szczęście Coelho to napisał, a myśmy to przeczytali, więc istnieje szansa na to, by nasz los nie wpisał się w zacytowaną konstatację.
Jakże jednak trudno, gdy jest się młodym człowiekiem, nie tęsknić za rzekomą wolnością, którą dają środki na to, by kupić sobie, co się chce; a także, ile mądrości potrzeba, by nie ulegać iluzjom mirażu dorosłości, czyli okresu w życiu, o którym się myśli, że jest czasem, gdy nie musi się nikogo słuchać. Owszem, wprawdzie usłyszeliśmy, że rodzina zmarłego przed rokiem Króla Rocka zarobiła już miliardy dolarów na prawach autorskich do jego płyt, ale prawdopodobnie nie chcielibyśmy przechodzić przez piekło wojny o to, kto, jak, i na co ma wydać te pieniądze. Absolwentowi szkoły średniej może się też wydawać, że nikt nie będzie ograniczał więcej jego wolności, gdy tylko wyrwie się spod krępujących go skrzydeł rodziców, bowiem jakoś nie jest w stanie wyobrazić sobie, że zależność od menadżera McDonalda, który dziś nim kieruje, niewiele będzie się różniła się od zależności od bezpośredniego szefa dużej korporacji, dla której, ma nadzieję, będzie kiedyś pracował. A nawet, jeśli już on sam będzie tym szefem, to będzie oceniany przez bossa całej korporacji, którego powołuje, ale też i odwołuje, rada nadzorcza. Odpowiedzieć mi na to może świeżo kreowany student uniwersytetu, że któregoś dnia może zostać wybranym prezydentem Stanów Zjednoczonych i wtedy nie będzie musiał się już liczyć z nikim. Naprawdę? Po co jednak sięgać na wyżyny polityki, wystarczy rozejrzeć się wkoło i zauważyć, że tata musi się liczyć z mamą, albo zaryzykować, że ją straci.
Każda akcja powoduje reakcję. Każdy czyn prowadzi do określonej konsekwencji. Możemy się spierać, czy istnieje zbrodnia doskonała, ale wszyscy zgodzimy się na to, że istnieje sumienie, którego nie da się zagłuszyć, a nawet, gdy się go teoretycznie nie posiada, powszechnie wiadomo, że niezmiernie dużo uwagi i zabiegania pochłania praca nad tym, by kłamstwo nie wyszło na jaw. Oczywiście, zasada konsekwencji naszych działań, odnosi się także do pozytywnych czynów, gdy nadzwyczajny wysiłek może prowadzić do nadzwyczajnych rezultatów – bicia rekordów w sporcie, zdobywania Oscara a nawet nagrody Nobla. Kluczowym słowem tutaj jest jednak „nadzwyczajność”, która przekłada się na niebywałe poświęcenie się jednemu, określonemu celowi, a tym samym rezygnację z większości spraw, które są głównym źródłem satysfakcji dla tak zwanego „przeciętnego zjadacza chleba”. Niestety, wyrzeczenia, o których mowa, nie zawsze są gwarancją osiągnięcia zamierzonego celu, a czasami, jak to na przykład bywa w sporcie zawodowym, wyjątkowy wysiłek może prowadzić do sporej degeneracji zdrowia. Nie chcę nikogo zniechęcać od podejmowania nadzwyczajnego wysiłku, bo wieść on może do wyjątkowego spełnienia, ale przypominam o cenie, którą trzeba zapłacić. Wspominam także o tym po to, by ostudzić zapał zazdrośników, którzy widzą w przedmiocie swojego pragnienia tylko złotą powłokę medalu, nie zdając sobie sprawy z bólu, potu i łez wylanych przy jego zdobywaniu.
Jak uchronić się od pułapki poświęcania teraźniejszości na rzecz życia w przyszłości malowanej pędzlem naszych marzeń? Odpowiedzią wydaje się być świadomość przeżywania chwili (mindfullness). Oznacza to skupienie się w pełni na tym, co w danym momencie robimy, na oddaniu się temu, czym jesteśmy zajęci, w zupełności koncentrując się na wykonywanej czynności. Gdy na przykład ścinamy trawę, zamiast niecierpliwie oczekiwać chwili, gdy wreszcie zgasimy kosiarkę, pozwolić sobie na doświadczenie przyjemności z faktu, że pracujemy nad tym, by trawnik estetycznie wyglądał, a w powietrzu unosił się miły zapach. Kiedy odkurzamy, a za czynnością tą nie za bardzo przepadamy, możemy pomyśleć o tym, że dzięki temu, co robimy, w domu będzie przyjemniej i zdrowiej oddychać. Kiedy jemy, niech będzie to spożywanie posiłku z wyłączonym telewizorem, bez czytania rozłożonej przed nami gazety lub przeglądania poczty. Uświadomienie sobie, że przyjmujemy do naszego organizmu witamy, minerały, a także inne niezbędne do przeżycia składniki, nie tylko zwiększy naszą przyjemność, ale pogłębi smak jedzenia i wpłynie na jego lepsze strawienie.
Znalezienie sensu w tym, co robimy, a następnie skupienie się na nim, pomoże głębiej doświadczyć momentu danego nam w życiu, pełniej przeżyć jedną, z wielu wprawdzie, ale przecież nie danych nam na wieczność chwil, potraktować ją jako dar i przezwyciężyć tendencję do życia tylko w oczekiwaniu na, niepewną przecież, przyszłość.